Milczenie w tej chwili wcale nie
zbijało mnie z tropu. Możliwe, że gdyby w mojej głowie szumiało mniej wypitego
alkoholu, a świadomość nie byłaby tak otumaniona, to poczułbym się co najmniej głupio…
A właściwie wcale bym się nie poczuł, bo z pewnością nie wypaplałbym tych kilku
słów. Teraz jednak nie odczuwałem specjalnie mocno mijającego czasu, umykało mi
spod kontroli także obiektywne ocenianie wyrazu twarzy Spencer. Praktycznie nie
odbiła się na niej żadna myśl, tylko oczy co jakiś czas przeskakiwały z mojej
jednej źrenicy na drugą. Zastanawiała się, może obliczała za i przeciw? Leżałem
spokojnie, niebyt posiadając energię, żeby zrobić coś innego, niż po prostu
wpatrywać się w jej śliczną, okrągłą twarz, na którą padała poświata
elektrycznych płomieni. Wpatrywanie się w nią zamiast w wyimaginowany kominek zawieszony
na drogich, jasnych kafelkach było zdecydowanie przyjemniejsze.
Nie zamierzałem się nigdzie spieszyć.
Nawet otulony tym szalem spokoju po wypiciu alkoholu wiedziałem, że nie chcę
jej spłoszyć ani ponownie popełnić jakiegoś idiotycznego błędu. Co z tego, że
jutro może z tego zostać jedynie mgliste wspomnienie, skoro przyszłe chwile się
nie liczyły, a tylko ta obecna. Nie doszukiwałem się w tym nic więcej, jak
tylko samej przyjemności, własnego spełnienia egoistycznych marzeń, kierowanych
jeszcze bardziej egoistycznymi pobudkami.
I Spencer chyba też musiała być pod
wpływem, bo pochyliła się nade mną i zrobiła dokładnie to, o co ją poprosiłem.
W pierwszej chwili zaskoczyło mnie to, jakbym od początku oczekiwał, że zrobi
coś zupełnie innego. A później mój mózg zupełnie się wyłączył, a ciało domagało
się tej delikatnej pieszczoty jak wody w upalny dzień. Odchyliłem głowę do
tyłu, a moje dłonie powoli odnalazły swoje miejsce na ciele dziewczyny – jedna na
zagięciu na plecach, a druga na przedniej stronie uda. Jej ciało było ciepłe,
drobne, delikatne, podobnie jak ta chwila zbliżenia. Ulotna. Na tyle, żeby rano
obudzić się ze świadomością, że to tylko bardzo realistyczny sen.
Ponownie czas nie grał tutaj teraz
żadnej roli. W moim odczuciu mogło minąć pół godziny albo pół minuty, ale cisza
dookoła nas pozostawała niezmienna. Uchyliłem oczy, tym samym uchwyciwszy przed
nimi obraz, kiedy szatynka była jeszcze blisko.
Zapadła cisza i czułem, że muszę jakoś
ją przerwać. Nie szukałem daleko ani nie wybierałem wśród wielkich słów. Przede
wszystkim to zamazałoby przeżytą chwilę temu podniosłą chwilę, a poza tym mój
mózg nie chciał współpracować. Obraz co jakiś czas rozmazywał się, tracił na
ostrości, zamrugałem się krótko. Co to za wyraz wymalowany na jej twarzy?
Smutek? Radość? Strach? Oczekiwanie? Opcji było tak wiele, ale nie potrafiłem
określić, która jest prawdziwa.
— Wcześniej tylko sobie żartowałem —
zacząłem z trudem, nie odrywając spojrzenia od jej oczu. Musiałem odchrząknąć,
żeby mój głos nabrał nieco więcej siły, ale nie mówiłem głośno. Jakby teraz
ponownie każdy gest mógł sprawić, że Hastings ucieknie z tej przedziwnej
scenerii. Powoli podążyłem za wyjaśnieniami moich myśli. — Nie cierpię leżeć sam
w tym łóżku, zawsze wtedy wydaje się cholernie puste i zimne.
Podniosłem ramiona i praktycznie ostatkiem
skoncentrowanej siły przyciągnąłem dziewczyną do siebie, układając jej głowę po
jednej stronie mojej klatki piersiowej, a ramionami zamknąłem blisko siebie.
Już kiedyś tak było… Kiedy? Wydaje się, jakby minęły setki tysięcy lat, odkąd
między nami coś ułożyło się dobrze… Mruknąłem cicho, ze znanym tylko dla siebie
sensem.
— Potrzeba mi kogoś, kto mnie trochę
zagrzeje… — dodałem ciszej, zamknąwszy oczy. — Strasznie tu zimno…
Ułożyłem wygodniej głowę na poduszce, a
kiedy tylko zamknąłem oczy, osunąłem się w krainę snu, mając Spencer w
objęciach. Zasnąłem znacznie szybciej, niż udawało mi się to ostatnimi czasy.
Jeden promień słońca uparcie wspinał
się najpierw po brzegu materacu, później spacerował wzdłuż jego krawędzi aż
dotarł na poduszkę. Najwyraźniej ta tak mu się spodobała, że jaskrawym językiem
smagał ją kawałek po kawałku, aż w końcu padł prosto na jedno moje oko i
uparcie na nim zostawał, niezależnie, w którą stronę obróciłem głowę.
Upierdliwy promyk upodobał sobie irytowanie mnie i z godnym podziwu zapałem
dręczył przez co najmniej godzinę, aż zdecydowałem, że ze snu nici. Trzeba
wstawać. Poza tym czułem już, że jak tylko podniosę się do siadu, moja ciężka
głowa da znać o ogromie kaca, który powoli już się w niej rozwijał, a żołądek
przypomni o wszystkim, co zjadłem ubiegłego dnia. Wstawanie więc kojarzyło mi
się z katuszami, które jednak musiałem przejść, bo gardło i spuchnięty język
wspólnie błagały o chociaż kroplę wody i byłem pewny, że nie uda mi się zasnąć,
dopóki nie zaspokoję pragnienia.
W myślach przygotowałem więc sobie
pieczołowicie plan działania, ale w praktyce wyszedł on bardzo koślawo. Ledwo
podniosłem się do pionu, a głowa już pękała od niespodziewanego bólu, zanim
doczołgałem się wręcz do kuchni wiedziałem, że cały dzień będę czuł się
paskudnie. Na stole stała butelka z wodą gazowaną, a w torbie miałem trochę
lekarstw, które od razu popiłem, nie łudząc się, że przejdzie w planowanych
trzydziestu minutach.
I dopiero wtedy rozglądnąłem się po
apartamencie. Było… Zaskakująco czysto. Co więcej, jak na warunki wyspałem się
całkiem nieźle, choć pewnie wyglądałem jak kupka nieszczęść. Podniosłem dłoń do
skroni i zmroziło mnie w połowie ruchu.
Spencer.
Sen? Sen na jawie? Co to niby do kurwy było?
Pokręciłem energicznie głową, co było
ogromnym błędem, bo od razu eksplodowała bólem. Osunąłem się na jedno z
krzeseł, bo jego siła podcięła mi nogi.
Nie no, bez przesady! Żebym miał sny
prawie erotycznie z nią związane? Naprawdę za dużo wczoraj wypiłem… Część
imprezy chyba wymykała mi się w dodatku z pamięci. Spojrzałem nietrzeźwo
otępiony bólem na pager, leżał na stole przede mną. Przez kilka długich minut
prowadziłem mozolną walkę ze samym sobą i doszedłem do wniosku, że jeśli się
nie dowiem, to nie zasnę ponownie spokojnie.
„Możesz na chwilę przyjść?”
Dopiero, kiedy wysłałem tę wiadomość,
dotarło do mnie, jak źle brzmiała. Zmusiłem szare komórki do współpracy. Muszę
się dowiedzieć, czy tutaj wczoraj była, czy po prostu tracę zdrowy rozsądek. W
obu wypadkach pewne było, że wczoraj palma uderzyła mi chyba do tego małego,
zidiociałego móżdżka.
„A jeśli nie, to potrzebuję butelkę
wody. Gazowanej.”
Odłożyłem narzędzie praktycznie bez
wyrzutów sumienia, małą butelkę z wodą opróżniłem do końca, po czym wyrzuciłem
do kosza i wróciłem powoli do łóżka, tam zamierzając poczekać zarówno na
Hastings jak i na to, żeby ten paskudny ból wreszcie zniknął. Przy okazji może
nieco uda mi się jeszcze zdrzemnąć i zminimalizować przewroty żołądka.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz