piątek, 8 grudnia 2017

241



        Milczenie w tej chwili wcale nie zbijało mnie z tropu. Możliwe, że gdyby w mojej głowie szumiało mniej wypitego alkoholu, a świadomość nie byłaby tak otumaniona, to poczułbym się co najmniej głupio… A właściwie wcale bym się nie poczuł, bo z pewnością nie wypaplałbym tych kilku słów. Teraz jednak nie odczuwałem specjalnie mocno mijającego czasu, umykało mi spod kontroli także obiektywne ocenianie wyrazu twarzy Spencer. Praktycznie nie odbiła się na niej żadna myśl, tylko oczy co jakiś czas przeskakiwały z mojej jednej źrenicy na drugą. Zastanawiała się, może obliczała za i przeciw? Leżałem spokojnie, niebyt posiadając energię, żeby zrobić coś innego, niż po prostu wpatrywać się w jej śliczną, okrągłą twarz, na którą padała poświata elektrycznych płomieni. Wpatrywanie się w nią zamiast w wyimaginowany kominek zawieszony na drogich, jasnych kafelkach było zdecydowanie przyjemniejsze.
        Nie zamierzałem się nigdzie spieszyć. Nawet otulony tym szalem spokoju po wypiciu alkoholu wiedziałem, że nie chcę jej spłoszyć ani ponownie popełnić jakiegoś idiotycznego błędu. Co z tego, że jutro może z tego zostać jedynie mgliste wspomnienie, skoro przyszłe chwile się nie liczyły, a tylko ta obecna. Nie doszukiwałem się w tym nic więcej, jak tylko samej przyjemności, własnego spełnienia egoistycznych marzeń, kierowanych jeszcze bardziej egoistycznymi pobudkami.
        I Spencer chyba też musiała być pod wpływem, bo pochyliła się nade mną i zrobiła dokładnie to, o co ją poprosiłem. W pierwszej chwili zaskoczyło mnie to, jakbym od początku oczekiwał, że zrobi coś zupełnie innego. A później mój mózg zupełnie się wyłączył, a ciało domagało się tej delikatnej pieszczoty jak wody w upalny dzień. Odchyliłem głowę do tyłu, a moje dłonie powoli odnalazły swoje miejsce na ciele dziewczyny – jedna na zagięciu na plecach, a druga na przedniej stronie uda. Jej ciało było ciepłe, drobne, delikatne, podobnie jak ta chwila zbliżenia. Ulotna. Na tyle, żeby rano obudzić się ze świadomością, że to tylko bardzo realistyczny sen.
        Ponownie czas nie grał tutaj teraz żadnej roli. W moim odczuciu mogło minąć pół godziny albo pół minuty, ale cisza dookoła nas pozostawała niezmienna. Uchyliłem oczy, tym samym uchwyciwszy przed nimi obraz, kiedy szatynka była jeszcze blisko.
        Zapadła cisza i czułem, że muszę jakoś ją przerwać. Nie szukałem daleko ani nie wybierałem wśród wielkich słów. Przede wszystkim to zamazałoby przeżytą chwilę temu podniosłą chwilę, a poza tym mój mózg nie chciał współpracować. Obraz co jakiś czas rozmazywał się, tracił na ostrości, zamrugałem się krótko. Co to za wyraz wymalowany na jej twarzy? Smutek? Radość? Strach? Oczekiwanie? Opcji było tak wiele, ale nie potrafiłem określić, która jest prawdziwa.
        Wcześniej tylko sobie żartowałem — zacząłem z trudem, nie odrywając spojrzenia od jej oczu. Musiałem odchrząknąć, żeby mój głos nabrał nieco więcej siły, ale nie mówiłem głośno. Jakby teraz ponownie każdy gest mógł sprawić, że Hastings ucieknie z tej przedziwnej scenerii. Powoli podążyłem za wyjaśnieniami moich myśli. — Nie cierpię leżeć sam w tym łóżku, zawsze wtedy wydaje się cholernie puste i zimne.
        Podniosłem ramiona i praktycznie ostatkiem skoncentrowanej siły przyciągnąłem dziewczyną do siebie, układając jej głowę po jednej stronie mojej klatki piersiowej, a ramionami zamknąłem blisko siebie. Już kiedyś tak było… Kiedy? Wydaje się, jakby minęły setki tysięcy lat, odkąd między nami coś ułożyło się dobrze… Mruknąłem cicho, ze znanym tylko dla siebie sensem.
        Potrzeba mi kogoś, kto mnie trochę zagrzeje… — dodałem ciszej, zamknąwszy oczy. — Strasznie tu zimno…
        Ułożyłem wygodniej głowę na poduszce, a kiedy tylko zamknąłem oczy, osunąłem się w krainę snu, mając Spencer w objęciach. Zasnąłem znacznie szybciej, niż udawało mi się to ostatnimi czasy.

        Jeden promień słońca uparcie wspinał się najpierw po brzegu materacu, później spacerował wzdłuż jego krawędzi aż dotarł na poduszkę. Najwyraźniej ta tak mu się spodobała, że jaskrawym językiem smagał ją kawałek po kawałku, aż w końcu padł prosto na jedno moje oko i uparcie na nim zostawał, niezależnie, w którą stronę obróciłem głowę. Upierdliwy promyk upodobał sobie irytowanie mnie i z godnym podziwu zapałem dręczył przez co najmniej godzinę, aż zdecydowałem, że ze snu nici. Trzeba wstawać. Poza tym czułem już, że jak tylko podniosę się do siadu, moja ciężka głowa da znać o ogromie kaca, który powoli już się w niej rozwijał, a żołądek przypomni o wszystkim, co zjadłem ubiegłego dnia. Wstawanie więc kojarzyło mi się z katuszami, które jednak musiałem przejść, bo gardło i spuchnięty język wspólnie błagały o chociaż kroplę wody i byłem pewny, że nie uda mi się zasnąć, dopóki nie zaspokoję pragnienia.
        W myślach przygotowałem więc sobie pieczołowicie plan działania, ale w praktyce wyszedł on bardzo koślawo. Ledwo podniosłem się do pionu, a głowa już pękała od niespodziewanego bólu, zanim doczołgałem się wręcz do kuchni wiedziałem, że cały dzień będę czuł się paskudnie. Na stole stała butelka z wodą gazowaną, a w torbie miałem trochę lekarstw, które od razu popiłem, nie łudząc się, że przejdzie w planowanych trzydziestu minutach.
        I dopiero wtedy rozglądnąłem się po apartamencie. Było… Zaskakująco czysto. Co więcej, jak na warunki wyspałem się całkiem nieźle, choć pewnie wyglądałem jak kupka nieszczęść. Podniosłem dłoń do skroni i zmroziło mnie w połowie ruchu.
        Spencer.
        Sen? Sen na jawie? Co to niby do kurwy było?
        Pokręciłem energicznie głową, co było ogromnym błędem, bo od razu eksplodowała bólem. Osunąłem się na jedno z krzeseł, bo jego siła podcięła mi nogi.
        Nie no, bez przesady! Żebym miał sny prawie erotycznie z nią związane? Naprawdę za dużo wczoraj wypiłem… Część imprezy chyba wymykała mi się w dodatku z pamięci. Spojrzałem nietrzeźwo otępiony bólem na pager, leżał na stole przede mną. Przez kilka długich minut prowadziłem mozolną walkę ze samym sobą i doszedłem do wniosku, że jeśli się nie dowiem, to nie zasnę ponownie spokojnie.

        „Możesz na chwilę przyjść?”

        Dopiero, kiedy wysłałem tę wiadomość, dotarło do mnie, jak źle brzmiała. Zmusiłem szare komórki do współpracy. Muszę się dowiedzieć, czy tutaj wczoraj była, czy po prostu tracę zdrowy rozsądek. W obu wypadkach pewne było, że wczoraj palma uderzyła mi chyba do tego małego, zidiociałego móżdżka.

        „A jeśli nie, to potrzebuję butelkę wody. Gazowanej.”

        Odłożyłem narzędzie praktycznie bez wyrzutów sumienia, małą butelkę z wodą opróżniłem do końca, po czym wyrzuciłem do kosza i wróciłem powoli do łóżka, tam zamierzając poczekać zarówno na Hastings jak i na to, żeby ten paskudny ból wreszcie zniknął. Przy okazji może nieco uda mi się jeszcze zdrzemnąć i zminimalizować przewroty żołądka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER